Julian Tuwim

 

 

Sl’owo i cial’o

 

Sl’owo cial’em sie’ stal’o

I mieszka mie’dzy nami

Karmie’ zgl’odnial’e cial’o

Sl’owami jak owocami;

Pije jak zimna’ wode’

Sl’owa ustami, haustami,

Wdycham je jak pogode’,

Gniote’ jak listki ml’ode,

Rozcieram zapachami.

 

Sl’owo jest winem i miodem,

Sl’owo jest mie’sem i chlebem,

Sl’owami oczy wiode’

Po s’ciez’kach gwiezdnych niebem.

Rados’ci daru s’wie’tego,

O! wieczne umil’owanie!

Sl’owa mojego powszedniego

Daj mi dzis’, Panie!

 

 

 

 

Adam Mickiewicz

 

 

PAN TADEUSZ
Inwokacja

Litwo! Ojczyzno moja! ty jestes’ jak zdrowie.
Ile cie’ trzeba cenic’, ten tylko sie’ dowie,
Kto cie’ stracil’. Dzis’ pie’knos’c’ twa’ w cal’ej ozdobie
Widze’ i opisuje’, bo te’sknie’ po tobie.

Panno S’wie’ta, co jasnej bronisz Cze’stochowy
I w Ostrej s’wiecisz Bramie! Ty, co gro’d zamkowy
Nowogro’dzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powro’cil’as’ cudem
(Gdy od pl’acza’cej matki pod Twoja’ opieke’
Ofiarowany, martwa’ podniosłem powieke’
I zaraz mogl’em pieszo do Twych s’wia’tyn’ progu
Is’c’ za wro’cone z’ycie podzie’kowac’ Bogu),
Tak nas powro’cisz cudem na Ojczyzny l’ono.
Tymczasem przenos’ moje’ dusze’ ute’skniona’
Do tych pago’rko’w les’nych, do tych l’a’k zielonych,
Szeroko nad bl’e’kitnym Niemnem rozcia’gnionych;
Do tych po’l malowanych zboz’em rozmaitem,
Wyzl’acanych pszenica’, posrebrzanych z’ytem;
Gdzie bursztynowy s’wierzop, gryka jak s’nieg bial’a,
Gdzie panien’skim rumien’cem dzie’cielina pal’a,
A wszystko przepasane, jakby wste’ga’, miedza’
Zielona’, na niej z rzadka ciche grusze siedza’.
S’ro’d takich po’l przed laty, nad brzegiem ruczaju,
Na pago’rku niewielkim, we brzozowym gaju,
Stal’ dwo’r szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;
S’wiecil’y sie’ z daleka pobielane s’ciany,
Tym bielsze, z’e odbite od ciemnej zieleni
Topoli, co go bronia’ od wiatro’w jesieni.
Do’m mieszkalny niewielki, lecz zewsza’d che’dogi,
I stodol’e’ mial’ wielka’, i przy niej trzy stogi
Uz’a’tku, co pod strzecha’ zmies’cic’ sie’ nie moz’e;
Widac’, z’e okolica obfita we zboz’e,
I widac’ z liczby kopic, co wzdl’uz’ i wszerz smugo’w
S’wieca’ ge’sto jak gwiazdy, widac’ z liczby pl’ugo’w
Orza’cych wczes’nie l’any ogromne ugoru,
Czarnoziemne, zapewne nalez’ne do dworu,
Uprawne dobrze na ksztal’t ogrodowych grza’dek:
Z’e w tym domu dostatek mieszka i porza’dek.
Brama na wcia’z’ otwarta przechodniom ogl’asza,
Z’e gos’cinna i wszystkich w gos’cine’ zaprasza.

 

 

 

 

Adam Kre’cisz

 

Najwaz’niejsze

 

Najwaz’niejsze, bys’cie sie’ wzajemnie mil’owali

Najwaz’niejsza jest mil’os’c’

 

Dowodem mil’os’ci jest czul’os’c’

Potrzeba czul’os’ci jest mil’os’ci przyczyna’

Czul’os’c’ jest waz’niejsza

Czul’os’c’ jest najwaz’niejsza

 

Czul’os’c’ waz’niejsza jest od sczcze’s’cia

Bo szcze’s’cia nie ma

 

Czul’os’c’ waz’niejsza jest od dobra

Dobro jest wzgle’dne i subiektywne

 

Czul’os’c’ waz’niejsza jest od litos’ci, wspo’l’czucia, empatii

Czul’os’c’ nie potrzebuje ofiary, kogos’sl’abszego, gorszego

 

Czul’os’c’ waz’niejsza jest od nadziei

Nadzieja jest bierna

 

Czul’os’c’ waz’niejsza jest od namie’tnos’ci

Namie’tnos’c’ tak szybko przemija

 

Czul’os’c’ waz’niejsza jest od wiary

Co’z’ wart jest wiara w Boga, z kto’rego ludzie zrobili pro’z’nego boz’ka

Pragna’cego tylko uwielbienia i teatru obrze’do’w

 

Czul’os’c’ jest najwaz’niejsza

 

Przytul czule mys’la’, mowa’, uczynkiem...